O mnie

Sebastian Tomczyszyn, Zagroda Skrawek Nieba i przydomowy ogród użytkowy

Nazywam się Sebastian Tomczyszyn. Mieszkam w Witanowicach, niedaleko Wadowic, w domu, który zbudowali moi dziadkowie. Dzisiaj razem z żoną i dwójką dzieci prowadzimy tutaj nasze małe gospodarstwo, które nazwaliśmy Zagroda Skrawek Nieba.

Historia tego miejsca zaczęła się jednak dużo wcześniej niż moja.

Wszystko zaczęło się od ziemi

Po II wojnie światowej majątek należący do folwarku w Witanowicach został rozparcelowany. Mój pradziadek, ojciec mojej babci, otrzymał jej część na własność. Wcześniej pracował na miejscowym dworze jako fornal i zajmował się końmi. Razem z nim pracował mój drugi pradziadek, ojciec mojego dziadka, który był stangretem i powoził końmi. W latach 60. pradziadek razem z moimi dziadkami rozpoczął budowę domu, który stoi tutaj do dzisiaj. Później mieszkali w nim również moi rodzice, a w połowie lat 90. urodziłem się ja.

Wieś, którą pamiętam z dzieciństwa

Dorastałem na wsi w czasach, kiedy gospodarstwo moich dziadków nadal było częścią codziennego życia całej rodziny. Z babcią siałem warzywa. Z dziadkiem zajmowałem się krową, świnią i kurami. Uprawialiśmy łąkę, pszenicę i ziemniaki, a lato oznaczało żniwa. Pamiętam też, że ogród użytkowy nie był wtedy niczym szczególnym. Po prostu był potrzebny. Przy domu rosły warzywa, były drzewa owocowe, zwierzęta i wszystko miało swoje zastosowanie. Moi dziadkowie nie nazywali tego permakulturą, rolnictwem regeneratywnym czy agroleśnictwem. Po prostu gospodarowali tak, jak potrafili i jak było im wygodnie. Dzisiaj coraz częściej wracam myślami właśnie do tego sposobu myślenia.

Kilkadziesiąt lat temu do sklepu na wsi nie chodziło się po całą żywność. Kupowało się to, czego nie można było wyprodukować samemu, a warzywa, jajka, ziemniaki, zboże czy owoce pochodziły z własnego gospodarstwa.

Dzisiaj ogród przy domu często pełni zupełnie inną funkcję. Ma być przede wszystkim miejscem odpoczynku. Równo przystrzyżony trawnik, kilka roślin ozdobnych i miejsce na grill. Nie uważam, że jest w tym coś złego. Sam lubię ogród, w którym można odpocząć. Uważam jednak, że straciliśmy coś ważnego a mianowicie użytkową funkcję kawałka ziemi, który mamy przy domu. I właśnie do tego chciałem wrócić.

Najpierw Kraków, potem powrót do ziemi

Z czasem gospodarstwo moich dziadków zaczęło się zmieniać. Dziadkowie się starzeli, rodzice musieli pracować zawodowo, a małe gospodarstwo nie było już w stanie zapewnić utrzymania całej rodzinie. Z czasem zostały głównie kury, zboże i ziemniaki. Później nawet te uprawy przestały mieć większe znaczenie, a część ziemi zaczął dzierżawić sąsiad.

Kiedy dorosłem, wyjechałem do Krakowa na studia ekonomiczne. Mieszkałem w dużym mieście, ale cały czas brakowało mi kontaktu z ziemią. Nawet tam próbowałem coś uprawiać. Na balkonie rosły pomidory, a w maleńkim ogródku pod balkonem sadziłem topinambur i słoneczniki, w tym odmiany olbrzymie. Dzisiaj może się to wydawać trochę zabawne, ale wtedy po prostu ciągnęło mnie do ziemi.

Po studiach wróciłem tutaj razem z żoną. Wróciliśmy nie do gotowego gospodarstwa, ale do domu wymagającego gruntownego remontu. Przez wiele lat remontowaliśmy go własnymi rękami, pracując przy tym normalnie zawodowo. Wraz z remontem zacząłem na nowo pracować z ziemią.

Tak powstała Zagroda Skrawek Nieba

Na początku był mały ogródek, kilkanaście sadzonek pomidorów, dynie i kilka innych warzyw. Potem zaczęły pojawiać się kolejne uprawy. Papryka, ogórki, seler, por, marchew, buraki, ziemniaki i wiele innych warzyw. Później powstał jagodnik z porzeczkami, agrestem, malinami, aronią, świdośliwami czy jagodami kamczackimi. Zaczęliśmy tworzyć sad, najpierw z jabłoni i grusz, a później także ze śliwami, pigwami, czereśniami i kolejnymi odmianami drzew owocowych.

Pojawiły się też zwierzęta. Najpierw były kury, które kupowaliśmy na lokalnym targu. Później zacząłem świadomie wybierać rasy i rozmnażać je u siebie. Kiedy trawy zaczęło być więcej, pojawiły się dwie pierwsze owce. Początkowo miały być po prostu żywymi kosiarkami. Z czasem okazało się, że ich rola w gospodarstwie jest znacznie większa.

Doszła koza, planujemy i testujemy kolejne rozwiązania, zbudowałem własny inkubator, klatkę dla królików i przenośną klatkę dla kurczaków brojlerów. Kupiłem też mały ciągnik, który ułatwia pracę przy coraz większym warzywniku. Z roku na rok Zagroda się zmienia.

Nie wszystko wychodzi tak, jak planuję. Czasami coś trzeba przebudować, przesadzić albo zrobić jeszcze raz. Zmieniam również układ kwater na pastwisku, żeby były wygodniejsze w codziennej obsłudze. To nadal jest gospodarstwo tworzone trochę metodą prób i błędów.

Przydomowy ogród użytkowy

W pewnym momencie zacząłem szukać odpowiedzi na pytanie, jak połączyć wszystkie te elementy. Czy ogród może być jednocześnie miejscem produkcji żywności, przestrzenią dla zwierząt, sadem, siedliskiem dla owadów i ptaków, a przy tym miejscem, które z roku na rok staje się bardziej żyzne?

Zainteresowałem się permakulturą, agroleśnictwem i rolnictwem regeneratywnym. Najwięcej czerpię właśnie z rolnictwa regeneratywnego, ale wszystkie te idee próbuję dostosować do małej, przydomowej skali. Nie każdy ma hektary ziemi. Większość ludzi ma jednak jakiś kawałek ziemi przy domu. I właśnie dlatego zacząłem używać określenia „przydomowy ogród użytkowy”. Nie chodzi mi o konkretną metodę uprawy. Chodzi o sposób myślenia o całym kawałku ziemi. Warzywa, owoce, drzewa, zwierzęta, kompost, woda, gleba i człowiek nie powinny być traktowane jako osobne elementy. Mogą wzajemnie się uzupełniać.

Owce dają nam mięso, ale przede wszystkim w naszym systemie dostarczają obornika. Ten trafia do kompostu, a później zasila warzywnik, drzewa i krzewy. Resztki roślin mogą trafić do zwierząt. Spady z drzew również nie muszą być odpadem. W ten sposób zaczyna działać pewien obieg materii. Dlatego zwierzęta w Zagrodzie nie są dla mnie tylko źródłem żywności. Są również częścią systemu, który pozwala budować żyzność gleby.

Z czasem zacząłem dzielić się tymi doświadczeniami również z innymi. Otrzymałem pierwsze zaproszenie jako prelegent na Kongres Naturalny, podczas którego opowiadałem o tym, co robimy w Zagrodzie. To był dla mnie ważny moment, bo pokazał mi, że doświadczenia zebrane na własnym kawałku ziemi mogą być interesujące również dla innych.

Ekologia zaczyna się tutaj

Nie jestem zwolennikiem ekologii, która kończy się na wielkich deklaracjach. Jeżeli chcemy mówić o ekologii, to moim zdaniem powinniśmy zacząć od własnego kawałka ziemi. Od tego, co możemy zrobić sami. Nie zawsze musimy mieć idealny ogród. Nie musimy od razu wszystkiego robić według jednej metody. Ważniejsze jest to, żeby nie niszczyć ziemi, którą mamy, a jeśli możemy to poprawiać jej stan. Dlatego staram się budować żyzność naszej gleby, zatrzymywać wodę, wykorzystywać materię organiczną i dobierać rośliny do warunków, które mamy. Nie wszystko robimy książkowo. Czasami świadomie wybieram rozwiązanie, które nie jest typowe dla jednego konkretnego nurtu, ale sprawdza się u nas. Bo najważniejsze jest dla mnie to, czy dana rzecz działa w praktyce.

To podejście staram się przenosić również poza własne gospodarstwo. Uważam, że warto angażować się w miejsce, w którym żyjemy, dlatego działam również na rzecz lokalnej społeczności, między innymi angażując się w pracę rady sołeckiej i współpracując z witanowicką szkołą podstawową. Wspólnie organizujemy między innymi wydarzenia związane z Dniem Ziemi, podczas których możemy rozmawiać z dziećmi o przyrodzie, ziemi i tym, skąd bierze się żywność.

Czy to się w ogóle opłaca?

Jeżeli policzyć wszystko wyłącznie według rachunku ekonomicznego, prawdopodobnie nie. Kupujemy nasiona, narzędzia, zboże dla zwierząt, siano, materiały do budowy. Wkładamy w to również ogromną ilość własnej pracy. Jeżeli porównać wszystkie te koszty z tym, ile wydalibyśmy na najtańszą żywność w markecie, może się okazać, że własny ogród jest po prostu nieopłacalny.

Tyle że nie kupujemy w sklepie tego samego, co produkujemy tutaj. Nasza żywność jest dla nas przede wszystkim znana. Wiemy, skąd pochodzi i jak została wyprodukowana. Możemy zdecydować, jak prowadzimy nasze uprawy i jak traktujemy zwierzęta. Do tego dochodzi coś, czego trudno wpisać do arkusza kalkulacyjnego. Praca w ogrodzie oznacza ruch. Spędzamy czas na zewnątrz. Mamy kontakt z przyrodą. Nasze dzieci widzą, jak rośnie marchew, skąd biorą się jajka i co trzeba zrobić, żeby z małego nasiona powstała żywność. Nie uczą się tego z obrazka w książce. Doświadczają tego.

Jest jeszcze jedna rzecz a mianowicie bezpieczeństwo żywnościowe. Nie chodzi mi o to, żeby całkowicie odciąć się od sklepu i stać się samowystarczalnym w stu procentach. Sami nie produkujemy wszystkiego. Kupujemy zboże, siano i rzeczy, których nie jesteśmy w stanie wytworzyć na naszym terenie.

Chodzi raczej o to, żeby umieć wyprodukować część własnej żywności i mieć wiedzę, jak to zrobić. Bo jeżeli mamy kawałek ziemi, który potrafi nas nakarmić, to jest to pewnego rodzaju zabezpieczenie na przyszłość. Nie wiemy, jak będzie wyglądał świat za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat. Wiemy natomiast, że żywność zawsze będzie potrzebna. Dlatego traktuję to również jako inwestycję w przyszłość.

Od notatek do książki

Im więcej czytałem i eksperymentowałem u siebie, tym więcej robiłem notatek. Sięgałem zarówno po nowe publikacje, jak i po starsze książki rolnicze, szczególnie wydawane w latach 60., 70. i 80. przez Państwowe Wydawnictwo Rolnicze i Leśne. Często właśnie w tych starszych książkach można znaleźć rozwiązania, które powstały jeszcze przed okresem bardzo silnej chemizacji rolnictwa. Czytałem również współczesne publikacje, podręczniki do szkół rolniczych oraz materiały dotyczące permakultury, rolnictwa ekologicznego i regeneratywnego.

Z tej wiedzy robiłem notatki przede wszystkim dla siebie. Później zacząłem je porządkować i dostosowywać do małej skali. To, co wyczytałem, sprawdzałem u siebie. Jeżeli działało, zostawało w moich notatkach. W pewnym momencie tych notatek zrobiło się tak dużo, że pomyślałem, że warto zebrać je w jedną całość. Tak powstała moja książka „Powrót do przydomowych ogrodów użytkowych – poradnik dla zielonych”. Pierwsze wydanie było dla mnie lekcją samodzielnego wydawania książki. Z czasem doszedłem do wniosku, że mogę zrobić to lepiej. Poprawiłem strukturę, dodałem zdjęcia i uporządkowałem treść. Powstało drugie wydanie. Książka jest przeznaczona przede wszystkim dla osób, które dopiero zaczynają. Nie chcę przekonywać, że każdy powinien zostać rolnikiem. Chcę pokazać, że nawet niewielki kawałek ziemi można wykorzystać znacznie lepiej niż tylko jako trawnik.

Dlaczego prowadzę ten blog?

Zagroda cały czas się rozwija. Testuję nowe odmiany roślin, poprawiam pastwiska, zmieniam sposób prowadzenia zwierząt, buduję własne rozwiązania i uczę się kolejnych rzeczy. Część z nich działa świetnie, część wymaga poprawek, a czasami coś okazuje się po prostu złym pomysłem. I właśnie o tym chcę tutaj pisać.

Zagroda Skrawek Nieba nie jest pokazowym gospodarstwem. To miejsce, w którym uczę się, eksperymentuję i sprawdzam, co można zrobić na niewielkim kawałku ziemi. Blog jest zapisem tych doświadczeń. Chcę, żeby był pomocny przede wszystkim dla osób, które mają podobny problem, który miałem ja. Niewielki kawałek ziemi i przekonanie, że można zrobić z niego coś więcej. Jeżeli dzięki temu ktoś posadzi kilka własnych warzyw, posadzi drzewo, zacznie kompostować, założy mały sad albo po prostu spojrzy inaczej na kawałek ziemi przy swoim domu, to dla mnie będzie to miało sens.

Bo być może właśnie od takich małych kawałków ziemi powinien zaczynać się powrót do przydomowych ogrodów użytkowych.

Komentarze